piątek, 23 sierpnia 2013

Hogwart'owe Perypetie - część X

   Trafili do przestronnego pomieszczenia wyłożonego najprzeróżniejszymi poduszkami i materacami. Podejrzewali, że właśnie tutaj urządzono miejsce do lądowania dla podróżujących świstoklikami i teleportujacych się. Zanim zdążyli dojść do siebie po lądowaniu, drzwi otworzyły się i stanęła w nich niska i pulchna kobieta w stroju sanitariuszki. Gdy zobaczyła ledwo żywego Marka lewitującego jakieś pół metra nad ziemią, natychmiast do niego podbiegła.  
   - Na brodę Merlina! Co w tej waszej szkole się wyprawia? Ledwo starcza nam miejsca i medykamentów dla naszych pacjentów, a tu nagle mamy się jeszcze zajmować rannymi od was!- stwierdziła z nieukrywaną bezradnością w głosie i pochyliła się nad rannym- to jeden z najgorszych przypadków, jakie widziałam do tej pory.
- Ale wyzdrowieje, prawda?- zapytała Harriet tonem dziecka, któremu ktoś właśnie potrącił ulubionego szczeniaczka.
- Oczywiście, że tak kochanie...- odparła pielęgniarka, łagodniejąc nagle.
Gdy tylko przyjrzała się lepiej jego obrażeniom, zawołała inną sanitariuszkę ( ładną blondynkę, na której widok Harriet z politowaniem stwierdziła, że Lucasowi i Conradowi ślinka pociekła po brodzie), która wzięła ze sobą nosze. Po czym umościli na nich Marka i podążyli w kierunku korytarza. Gdy wyszli, uderzył ich mocny zapach wywarów i maści, oraz pojękiwania pacjentów.   
   - Trafiliście w najgorszym momencie. Szpital jet zapchany i nie mamy już wolnych sal więc musieliśmy zająć się waszymi na korytarzu. 
   Po krótkiej chwili, gdy minęli szereg łóżek z rannymi, lecz uśmiechniętymi od ucha do ucha Gryfonami, zatrzymali się przed parawanem. Pielęgniarka odchyliła go i kazała im wejść do środka. Ułożywszy na starej, chwiejącej się kozetce Marka, Conrad, Harriet i Lucas zaczęli przysuwać sobie krzesła, by spocząć przy rannym.
- O nie moje dzieci, nic tu po was...- powiedziała sanitariuszka, zbliżając się ku nim z wiadrem, z którego unosiła się zielonkawa para- jest nieprzytomny i pozostanie taki jeszcze przez parę najbliższych dni. Nie będziemy go budzić, bo ból by go oszołomił- stwierdziła i spojrzawszy na ich zmęczone twarze dodała- idźcie do mojego gabinetu, pierwsze drzwi na prawo, rozgośćcie się, przygotujcie sobie gorącą czekoladę i odpocznijcie, zanim wyślą po was świstoklik.
Bez protestów, lecz jednak ociągając się cała trójka udała się do gabinetu, który okazał się być malutkim, przytulnym pokoikiem z miękką wykładziną, wygodnymi sofami i malutką kuchenką, na której Conrad właśnie przyrządzał napoje.
Podając szklankę Harriet nagle spojrzał na nią badawczo i zapytał:
- Jak to się stało, że zjawiłaś się z różdżką w pogotowiu akurat wtedy, kiedy Mark miał roztrzaskać się na miazgę?
- Ja... ja... Ja po prostu- zacinała się Harriet, po czym wzięła głęboki wdech i mocno zaciskając palce na kubku zaczęła mówić- wiesz, bo ja po prostu tam stałam, przecież nie mogłam opuścić meczu. To byłoby niemożliwe, przecież sam wiesz. Stałam na dole, w drzwiach szatni, kiedy nagle rozpoczęła się ta rzeźnia, a kiedy zobaczyłam, jak jakiś Ślizgon celuje w Marka różdżką od razu pobiegłam, by go powstrzymać- to przecież takie proste i nie ma nic do wyjaśniania.
Kiedy skończyła mówić, zaczerpnęła łyk czekolady, chcąc uniknąć dalszych pytań. Lucas i Conrad wymienili spojrzenia. Nawet ich nowy towarzysz, który nie znał Harriet tak dobrze, jak Conrad wiedział, że to, co powiedziała jest tylko wymyśloną bajeczką. Żaden z nich jednak nie poruszył ponownie tego tematu. Czuli, że tak powinni postąpić.
Nagle do pokoiku weszła owa ładna blondynka i powiedziała: 
-Transport już czeka, zbierajcie się.
Po jej słowach wstali, jak na komendę i nie dokończywszy nawet napoi wyszli za nią bez słowa.

środa, 21 sierpnia 2013

Hogwart'owe Perypetie - część IX

   Widok, który ujrzeli Conrad i Harriet po wejściu do skrzydła szpitalnego oszołomił ich. Sala była powiększona, jak się domyślali magicznie, za sprawą któregoś z nauczycieli, a mimo ledwo mieściła wszystkich, którzy się w niej znajdowali. Łóżko stało przy łóżku, parawan ocierał się o parawan. Rannych było multum. Zewsząd dochodziły jęki i łkania młodszych uczniów. Pani Pomfrey stała, wycierając z krwi czoło Gryfona. Był nim, jak skojarzył Conrad Lucas Cornwell- uczeń z ich klasy. Nigdy zbytnio się nie wychylał i Conrad domyślał się, że poznał go tylko po tym, że był świetny z transmutacji. Mimo, że Lucas’owi krew zalewała oczy, ten wyszczerzył do niego zęby. Conrad odpowiedział mu uśmiechem. Nagle pani Pomfrey odwróciła się i zobaczywszy stojącego z nimi w drzwiach dyrektora, pośpieszyła do nich. Gdy zbliżyła się i ujrzała poharatane ciało Marka jej zmęczona twarz zdawała się pozielenieć:
- Sectusempra?- zapytała, kiedy tylko odzyskała panowanie nad sobą.
- Obawiam się, że tak...- odpowiedział jej Dumbledore, pochylając się nad rannym.
- Musimy, go natychmiast przetransportować do Szpitala Św. Munga, ale nie wiem, kto zdoła go tam bezpiecznie przenieść. Większość nauczycieli została już wysłana razem z innymi ciężko rannymi.
- Myślę, że ta dziewczyna dobrze się nim zaopiekuje- rzekł Dumbledore, obdarzając Harriet ciepłym spojrzeniem zza połówek okularów.
- Ja jej pomogę panie dyrektorze, przecież jestem cały i zdrów- wysapał Conrad wyrywając się z magicznych więzów przyjaciółki.
- O nie kochasiu, ty zostaniesz tutaj- zatroskana pani Pomfrey obdarzyła bladą i pokrwawioną twarz Conrada badawczym spojrzeniem.
- Jestem pewien, że sobie poradzi- stwierdził Dumbledore.
- Może ja się na coś przydam?- zapytał Lucas, podchodząc do nich.
- Tak- Harriet natychmiast mu przytaknęła- przyda mi się pomoc.
- No to mamy już całą drużynę pani Pomfrey, pozostaje pani tylko ich przenieść na miejsce- powiedział Dumbledore, przekazując władzę nad magicznymi noszami Marka dla Harriet i odszedł w głąb sali.
- W jaki sposób się tam dostaniemy?- zapytał Conrad, wyraźnie zadowolony z tego, że stoi na własnych nogach.
- Chodźcie za mną- odpowiedziała mu zdawkowo pani Pomfrey i powiodła ich za największy ze stojących w pomieszczeniu parawanów- mam nadzieję, że wiecie, jak posługiwać się świstoklikiem. Ministerstwo przesłało ich nam naprawdę mało, jak na taką ilość uczniów z ciężkimi obrażeniami- westchnęła i położyła na stojącym na środku stoliku nocnym szklaną karafkę- macie jeszcze 40 sekund- popatrzyła na nich ostro i wyszła zza parawanu.
Wszyscy jak jeden mąż dotknęli do szklanej powierzchni, a palce Harriet jeszcze mocniej zacisnęły się na sterującej Marka różdżce.
-3...2...1...- odliczał Lucas.
I po chwili poczuli ostre szarpnięcie w okolicach brzucha i pomni swoich ostatnich podróży zamknęli oczy. Świat kilkadziesiąt sekund wirował wokół nich i nagle wszyscy upadli na coś miękkiego.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Prorok Codzienny


Prorok Codzienny

-Wydanie nadzwyczajne-

   Dziś w godzinach popołudniowych na stadionie Quidditch'a w Hogwartcie doszło do starcia miedzy domami. W czasie meczu między Gryffindorem, a Ravenclawem zostały użyte na zawodnikach zaklęcia paraliżujące, co doprowadziło do walki miedzy uczniami. W czasie zamieszek ucierpiało sześćdziesięciu trzech uczniów, z czego dwunastu w ciężkim stanie przetransportowano do Szpitala Św. Munga. Z naszych doniesień wynika, że ich stan jest już stabilny. Specjalna komisja złożona z aurorów bada sprawę i poszukuje osoby odpowiedzialne za tą masakrę. W tej chwili Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwartcie znajduje się pod pełnym nadzorem ministerstwa, aż do zakończenia śledztwa. 
   W związku z ta sprawą w stronę obecnego dyrektora szkoły Albus'a Dumbledor'a posypał się grad oskarżeń, który spotkał się z gorącym protestem uczniów i pracowników Hogwartu. Jak donosi auror William Clemenson:
"- Nie można pod żadnym pozorem winić dyrektora Hogwartu za to, co miało tutaj miejsce. Sprawcy tej całej bitwy, a nawet nie bójmy się tego słowa makabry zostaną w szybkim tempie odnalezieni przez naszych pracowników, którzy wkładają całych siebie w to, co robią".
   Profesor Mcgonagall, zastępczyni dyrektora apeluje do rodziców dzieci poszkodowanych: "Nie wprowadzajmy paniki. Wasze dzieci znajdują się pod najlepszą opieką!".
Słowa te, jakże trafne, podsumowują sytuację w skrzydle szpitalnym i w Szpitalu Św. Munga, jak wynika z umieszczonych niżej fotografii Kevina Valley'a.

Reportaż autorstwa pióra Patric'a Gorey'a.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Hogwart'owe Perypetie - część VIII

  Nawet pogoda zwróciła się przeciwko grającym z drużyny Gryfonów. Ściana wody utrudniała latanie na miotle i obserwację poczynań przeciwników, którym to nie przeszkadzało. W ciągu dwudziestu minut meczu udało im się zdobyć sześćdziesiąt punktów. Nie było innej opcji poza złapaniem znicza. Krukoni zbyt płynnie poruszali się w strugach deszczu by można było z nimi wygrać w tradycyjny sposób. Lecz Charlie nie był w stanie dostrzec znicza. Krążył po całym boisku z miną spanikowanego dziecka. Był to najgorszy mecz Gryfonów jaki kiedykolwiek rozegrali. 
  - To rzeźnia... - powiedział jeden z chłopaków siedzących za Conradem. Miał rację, to była rzeźnia. Krukoni nie okazywali litości. Byli jak myśliwi, którzy mimo faktu, że złapali zdobycz, wciąż się nią bawią. I to bolało najbardziej. Oni już nie grali, tylko się bawili. Z trybun Ślizgonów dobiegały wiwaty i okrzyki tryumfu. Niespotykane zjawisko... Ślizgoni nigdy nie kibicują nikomu poza swoją drużyną... 
  Mark w ostatniej chwili uchylił się przed tłuczkiem, który pojawił się nie wiadomo skąd tuz koło jego głowy. Nie wiedział co się dzieje. Deszcz skutecznie wszystko zasłaniał. Nawet zaczarowane gogle nie dawały rady. Dodatkowo przemoczona szata ograniczała jego ruchy. Lecz Krukoni radzili sobie lepiej niż przy ładnej pogodzie. Chciał już zejść z miotły, przebrać się w ciepłe i suche ubranie, napić się ohydnego naparu rozgrzewającego, który Conrad mu przygotuje. Nie chciał już przedzierać się przez nieskończone, lodowate strugi wody. Chciał w końcu wylądować i...
   Rozpędzony strumień czaru minął Marka o włos. Cały stadion zamarł. I wtedy rozpoczęło się piekło. Z trybun w stronę zawodników Gryffindoru posypały się prze najróżniejsze czary. Trafieni spadali z mioteł jak bezwładne lalki, a ci, którzy cudem uniknęli, bądź sparowali czary rozpoczęli manewrować, by nie spaść jak reszta. Przez pierwszych kilka sekund trybuny stały osłupiałe jak posągi, lecz na pierwszy krzyk radości z trybun Ślizgonów, Gryfoni rozpoczęli ostrzał. Wybuchła wojna, a po niej panika. Uczniowie większość uczniów zaczęła uciekać, bądź stawała do walki. Zwaśnione domy w mgnieniu oka opuściły trybuny i starły się na murawie boiska. Nie było widać, kto jest kim. Deszcz przesłaniał wszystko, dlatego każdy strzelał do każdego. Gdy pierwszy Krukoński zawodnik został trafiony zabłąkanym czarem, do wojny dołączył się kolejny dom. Profesor McGanagall starała się uspokoić zaistniałą sytuacje, lecz na darmo. Tego nie dało się powstrzymać. 
  Conrad starał się utrzymać równowagę biegnąc po błocie. Dookoła świstały czary. Uczniowie padali porażeni zaklęciami, inni rzucali się na siebie w morderczych uściskach, a jeszcze inni po prostu starali się uciec. A on biegł przed siebie, przeciskając się miedzy walczącymi, mijając sparaliżowanych i starając się utrzymać równowagę na błocie. Cel był prosty: Znaleźć Marka, uciec z tego piekła i powalić tylu Ślizgonów ilu tylko możliwe. Nagły ból eksplodował mu między oczami zasłaniając świat na chwile czarna zasłoną. Gdy odzyskał na chwilę ostrość wzroku dostał dwoma czarami w brzuch i jednym w bok głowy. Gdy padał zobaczył jeszcze tylko spadająca sylwetkę Marka...
__________________________________________________________________
Mark starał się utrzymać na miotle na tyle na ile pozwalała sytuacja. Zaklęcia mijały go o włos, a on leciał. Byle wyżej, byle by tylko nie dostać. Kilku pozostałych zawodników obu drużyn spadło z mioteł prawie równocześnie. W powietrzu pozostał już tylko on, a pod nim, na ziemi toczyła się wojna. Wszystkie domy walczyły ze sobą na śmierć i życie. Przy trybunach Gryfonów grupka starszych uczniów stała murem broniąc dzieci. Nie patrząc na to, że napiera na nich horda Ślizgonów. W samym centrum uczniowie przestali używać czarów, a w ruch poszły pięści, nogi i zęby. Tu już nie chodziło, aby dokopać przeciwnikom, ale by ich zabić. W pewnej chwili dostrzegł Conrada przedzierającego się przez tłum walczących, nieświadom tego, że zmierza na grupkę Ślizgonów. Zniżył lot na tyle, by móc w stanie go ostrzec.
   -SECTUMSEMPRA!- usłyszał gdzieś pod sobą. 
Poczuł, jak ból go oszołamia, a twarz zalewa mu coś o metalicznym smaku i zapachu. Dłonie same ześlizgnęły się z drążka miotły. Poczuł, jak spada w przepaść. "To koniec"- zdążył pomyśleć.
-Aresto Momentum!- usłyszał i oddał się ciemności.
__________________________________________________________________
   Conrad ocknął się. Zimne krople deszczu spływały mu po twarzy, a ból, który czuł zdawał się przeszywać jego głowę na wskroś. Na wpół przytomny uniósł się na łokciach i usiłował dostrzec cokolwiek poprzez zalane okulary. Po krótkiej chwili zauważył, że na pole bitwy wtargnęła już cała kadra nauczycielska. Zewsząd słychać było krzyki rozsierdzonych Gryfonów i pojękiwania rannych. "Mobilicorpus"- usłyszał chyba po raz setny. Otrzeźwiony przez hektolitry wody lejącej się z nieba, wstał i uniósł się na palcach, by wśród tysiąca głów dojrzeć Marka. Mark... Nagle przypomniało mu się wszystko. Biegiem ruszył przed siebie, zapominając o targającym go bólu. Rozglądał się, wpadając w coraz większą panikę. Nagle zauważył Harriet klęczącą pod bramkami Gryffindor'u. Natychmiast pobiegł do niej. Pochylała się nad Markiem, a raczej na czymś, co przypominało Marka. Kończyny miał rozrzucone, niczym marionetka, a z licznych ran na ciele sączyła się krew. Przeniósł wzrok na Harriet. Po jej policzkach spływały łzy, mieszając się z deszczem. Nigdy nie zapomni sposobu, w jaki na niego spojrzała.
- Niech ktoś mu pomoże- wyszeptała i zaraz nieco głośniej dodała- ktokolwiek, on potrzebuje pomocy- POMÓŻCIE MU DO CHOLERY!- wrzasnęła jednocześnie ucikając dłonią ranę na szyi Marka. 
Conrad odwrócił się, ku nim zmierzał tłum uczniów, którzy byli w stanie wstać. Nie sposób było rozpoznać kogokolwiek. Ubłoceni, zakrwawieni, w podartych szatach, wyglądali niczym armia. Otoczyli ich ciasno. "Jak on wygląda...", "nie mogę patrzeć", "sierota, nawet obronić się nie umiał"... Harriet rzuciła im w odpowiedzi mordercze spojrzenie, które po krótkiej chwili znów posmutniało.
- Niech ktoś idzie po panią Pomfrey, po kogokolwiek... Ludzie, czy nikt nie widzi, co się tutaj stało? On wykrwawia się na śmierć do ciężkiej cholery!- Conrad stracił panowanie nad sobą. Kierowany miotającymi go emocjami, brutalnie odepchnął grupkę pierwszoroczniaków i pobiegł po pomoc.
- Przydajcie się na coś i dajcie mi kawałki materiału, muszę zrobić opatru...- nie dokończyła, bo uwagę wszystkich zwróciła nadbiegająca postać, która mimo deszczu wyglądała doskonale. Odgarniając długie włosy przepchnęła się przez tłum.
- Ach... Mark, Boże co ci się stało... Mark, Mark, to ja Evelyn- piszczała, potrząsając go za ramię.
- On jest nieprzytomny, umiera- oświadczyła Harriet głosem zimnym, jak stal.
- Umiera? Jak to umiera? Czyli zostanę sama? Ach, to niemożliwe, przecież go kocham- teatralnym gestem złapała się za serce.
- Może nie umrze. Jeśli ty, zamiast użalać się nad sobą ruszysz swój tyłek i mi pomożesz, uciśnij tutaj, wszystkiego nie jestem w stanie uleczyć różdżką - powiedziała grobowym tonem Harriet.
- Ale to jest rana... ja nie dotknę tego, bo... krew... Dużo ran... Zostaną po tym szpetne blizny.
Tego było już za wiele. Harriet zerwała się, jednym susem znajdując się na przeciwko Evelyn:
- A więc tylko to cię obchodzi... Jesteś zimnym, podłym gadem. Nie zasługujesz na niego. Nigdy nie zasługiwałaś...- zwykły, rozmarzony wyraz oczu Harriet przepadł, została tylko ziejąca pustka. Evelyn cofnęła się o krok.
Wśród zbiegowiska pojawiły się podniecone szepty. Stopniowo gwar robił się coraz głośniejszy. 
- DOSYĆ!- krzyknął ktoś. Ku nim kroczył wiedziony przez Conrada Dumbledore. W jednej chwili przyklęknął przy Marku, który robił się coraz bledszy. Nie mówiąc ani słowa wyczarował nosze, skinął ręką na  Harriet, która spojrzała na Conrada. Wcześniej nie zauważyła jego rozciętej skroni i wargi, ani tego, że pod krwią zaschniętą na policzkach był jeszcze bledszy niż zwykle.
- Mobilicorpus- powiedziała machając różdżką i w jednej chwili Conrad lewitował, leżąc kilka stóp nad ziemią.
- Ale po co mi...? Przecież ja...
- Idziemy- powiedziała Harriet tonem nieznoszącym sprzeciwu i powoli podążyli w stronę szkoły. Nie zauważyli już nienawistnego spojrzenia, rzuconego im przez Evelyn.

piątek, 2 sierpnia 2013

Hogwart'owe perypetie- część VII

Mark przetarł zmęczone oczy wierzchem dłoni. To, co zobaczył za oknem nie poprawiało mu humoru. Lało, jak z cebra. Był sobotni poranek. Za dwie godziny miał znaleźć się na boisku i jakoś utrzymać się na miotle na meczu z Ravenclaw'em. Noc, którą miał za sobą była najpewniej jedną z najcięższych w jego życiu. Dręczony rozmaitymi myślami przewracał się z boku na bok. Te wszystkie rozmowy, które wczoraj odbył z Conradem nie podziałały na niego kojąco. Od czwartkowej sceny w pokoju wspólnym nie mieli innego tematu, prócz analizy rozmowy Mcgonagall i Trawley. Dzisiaj była sobota. Dzień, w którym, jak się domyślili miało przydarzyć się coś złego. Mark chcąc nie chcąc zwlókł się z łóżka, w pośpiechu ubrał się i zbiegł na śniadanie. Conrad siedział już na swoim miejscu, gmerając widelcem w jajecznicy. Minę miał nie za wesołą, lecz Mark wiedział, że sam nie tryska entuzjazmem. Usiadł obok przyjaciela i spojrzał na jedzenie. Żołądek skręcał mu się z głodu, ale jego gardło było zaciśnięte. Sam nie wiedział, czy ze strachu, czy ze zmęczenia.
- Nie zjesz nic? Stary, przecież za chwilę grasz.
- Mdli mnie na widok tego żarcia, widziałeś może...?
- Nie, nie przyszła...
- Na meczu też jej nie będzie?- Mark na pół zdenerwowany, na pół zawiedziony wstał i bez słowa udał się do szatni Gryfonów, którzy już przebierali się w szkarłatne szaty.
Charlie Weasley, wesoły rudzielec, szukający i kapitan w drużynie Gryfonów udzielał im ostatnich wskazówek. Mark, chcąc, nie chcąc wsłuchał się w jego rady, z których jednak ani jedna nie została mu w głowie. Bezwiednie chwycił miotłę, wyszedł z szatni i wzbił się w powietrze z resztą drużyny.
Conrad, nie spuszczając przyjaciela z oczu przepchnął się przez tłum wiwatujących Gryfonów i znalazł sobie miejsce w pierwszym rzędzie na trybunach. Stąd doskonale widział krążącego wokół bramek Marka, który właśnie zawisł w powietrzu wyraźnie czymś zszokowany. Conrad spojrzał w tym samym kierunku i ku swemu zdziwieniu ujrzał Mcgonagall unoszącą się na miotle o kilka stóp nad ziemią, na szyi miała zawieszony złoty gwizdek. Sędziowała. Conrad poczuł, że żołądek zamienia mu się w ciężką bryłę lodu.

sobota, 27 lipca 2013

Hogwart'owe perypetie- część VI

- Nie przyjdzie nawet na obronę przed czarną magią?- zapytał Conrad.
- Musi przyjść. Przecież to jej ulubiony przedmiot- odpowiedział Mark sam nie wiedząc, czy wierzy w swoje słowa.
Minęła już połowa lekcji historii magii. Profesor Binns ociągając się realizował temat zajęć, kołysząc tym samym uczniów do snu. Wszyscy oprócz Marka i Conrada spali na swoich ławkach lub siedzieli podpierając głowę dłońmi, gapiąc się bezwiednie w jeden punkt.
- Może powinniśmy do niej pójść?- zaproponował Conrad.
- Co ty stary, oszalałeś? Zapomniałeś, że nie mamy wstępu do dormitorium dziewcząt?- zapytał zdziwiony Mark.
- Ach tak...- Conrad zwiesił głowę. Obaj trwali w milczeniu aż do końca zajęć. Każdy z nich myślami był przy Harriet, która od incydentu w pokoju życzeń nie wychodziła z dormitorium. Nikt nie wiedział, co z nią jest. Ileż to razy wyczekiwali w pokoju wspólnym, by zaczepić którąś dziewczynę i zapytać o Harriet. Żadna z nich nie potrafiła im jednak nic konkretnego powiedzieć. Jedynie Sarah-dziewczyna, z którą ich przyjaciółka mieszkała zdradziła im, że praktycznie całe noce przesiaduje na parapecie okna i zdarza się też, że tam zasypia. Mark i Conrad sami nie wiedzieli, czy uznać to za prawdę, czy za zwyczajną plotkę. Takie zachowanie nie było podobne do Harriet.
Kiedy usiedli w klasie obrony przed czarną magią Conrad wyczekująco patrzył na miejsce Harriet pod oknem jednak po chwili do klasy wszedł nauczyciel, a ostatni promyk nadziei zgasł. Po skończonych zajęciach obaj Gryfoni zerwali się ze swoich miejsc i bez słowa skierowali się do wieży. Mieli zamiar zostawić rzeczy i pójść do profesor Mcgonagall. Jeszcze nie wiedzieli, w jaki sposób miałaby im pomóc, ale coś im podpowiadało, że może ona wiedzieć więcej, niż ich dwoje razem wziętych.
Podali hasło (skrzat domowy) i weszli do salonu. Zostawiwszy rzeczy w dormitorium, zeszli na dół z zamiarem skierowania się do pokoju nauczycielskiego, gdy nagle usłyszeli głosy i odruchowo schowali się za fotelami:
- To niewiarygodne Minerwo. Po prostu nie do pojęcia. Nigdy o czymś takim nie słyszałam.
- Ani ja, odkąd żyję, to pierwszy taki przypadek, jaki widzę Sybillo.
- Co z tym teraz zrobić?
- Czekać, tylko czekać. Wszystko rozstrzygnie się w sobotę.
- Musimy być przygotowani.
Nauczycielki właśnie wyszły z dormitorium dziewcząt i kierowały się ku wyjściu. Minęło kilka minut zanim do Marka i Conrada doszło to, co przypadkiem usłyszeli. Najgorsze było to, że nic z tego nie rozumieli, wiedzieli natomiast jedno- nie wydarzy się nic dobrego.

środa, 24 lipca 2013

Hogwart'owe perypetie- część V

- Nigdzie się dzisiaj stąd nie ruszam- jęknęła Harriet.
- Tylko dzisiaj? Po czymś takim możemy siedzieć tu nawet i miesiąc...- Conrad popatrzył oskarżycielsko na Marka.
Cała trójka siedziała w Pokoju Życzeń. Często tutaj przychodzili. Zawsze byli outsiderami i tak naprawdę żadne z nich nie dbało o popularność. Czuli się dobrze we własnym gronie. W dodatku pomieszczenie, w którym siedzieli aż zachęcało do dłuższego pobytu. Cała podłoga usłana była poduszkami i pufami. W rogu piętrzył się stos kocy w różnych wzorach i kolorach. Muzyka sącząca się z adapteru Conrada i zawieszone w powietrzu świecie sprawiały, że był szczytem ich marzeń. Aż trudno pomyśleć, że odkrył go Mark, który słaniając się na nogach ze zmęczenia wracał z treningu Quidditch'a, mając w perspektywie po pokonania według niego szmat drogi do wieży. Kiedy otworzył pojawiające się nagle znikąd drzwi, padł na stos poduszek i zasnął. Ileż to czasu zdenerwowani Conrad i Harriet musieli go szukać...
- Nie mamy się czego bać- odezwał się Mark- w sumie co my takiego zrobiliśmy?
- Jak wrócimy do wieży, Gryfoni obsmarują nas złotą farbą, ot co...- odezwała się Harriet.
- Przecież to tylko marne kilkadziesiąt punktów, wiecznie wszystko wyolbrzymiasz, jesteś przewrażliwiona- odparł Mark.
- Wcale nie. I tak za nami nie przepadają. Poza tym- widziałeś ich miny?- westchnęła zrezygnowana Harriet i padła na poduszki.
Zapadło milczenie. Słychać było tylko ciche dźwięki ballady rockowej sączące się z adaptera.
- Ej Harriet... Przepra...- zaczął Mark.
- Cicho- przerwał mu Conrad- nie widzisz, że zasnęła?
Rzeczywiście, Harriet pod nawałem poduszek zwinęła się w kłębek i spała w najlepsze.
Oni zaś powrócili do swoich rozmyślań. I kiedy Conrad wyobraził sobie, że gładzi rude włosy Emily rozległ się krzyk.
Harriet siedziała wyprostowana na swoim posłaniu. Była blada, jak papier, a po policzkach spływały jej łzy. Zanim chłopcy zdążyli cokolwiek powiedzieć, chwyciła swoją torbę i wybiegła, trzaskając drzwiami.
Conrad i Mark spojrzeli po sobie. Czuli, że ich przeczucia się sprawdzają...

wtorek, 23 lipca 2013

Hogwart'owe perypetie- część IV

Harriet przebudziła się i od razu spojrzała na stojący przy łóżku zegarek.
- Cholera, już 7:45, spóźnię się na śniadanie- przeklęła w duchu i zerwała się z łózka. W pośpiechu czesała niesforne kasztanowe włosy i wkładała na siebie szkolną szatę. Wreszcie zbiegła po schodach i wpadła do Wielkiej Sali. Przyjaciele machali do niej ze stołu Gryfonów. Zawstydzona faktem, że wszyscy się na nią gapią, czym prędzej usiadła między Conradem, a Markiem.
- Gdzieś ty była?- zapytali jednocześnie.
- Zaspałam- powiedziała dziwnym głosem.
Chłopcy spojrzeli na nią podejrzliwie.
- No co się tak patrzycie?- prychnęła pogardliwie i spojrzała w swój talerz. Był tak wypolerowany, że ujrzała w nim swoje odbicie. Miała podkrążone oczy i blade policzki. Widząc to natychmiast podniosła głowę siląc się na uśmiech.
- No gdzie to śniadanie? Jestem niesamowicie głodna, mówię wam- zapewniła z taką radością w głosie, że Mark i Conrad wymienili między sobą spojrzenia. Wiedzieli, że coś jest nie tak...
Harriet za nic nie zdradziłaby im, dlaczego wygląda, tak, jak wygląda. Przecież od tak nie opowie im o koszmarach, które dręczyły ja niemal co noc od przeszło tygodnia. Nie chciała ich martwić. Zresztą w sumie nie miała czym. To był tylko wytwór jej nadmiernie wybujałej wyobraźni. Tak przynajmniej próbowała się pocieszyć.
Nagle wszystkie głowy odwróciły się ku stołowi nauczycieli. Harriet nigdy nie szła za tłumem, więc dalej zagłębiała się w swoich przemyśleniach. Słysząc jednak głos dyrektora Dumbledore'a uniosła wzrok.
- Drodzy uczniowie, zapewne zachodzicie w głowę, dlaczego zaprzątam wam umysły przed śniadaniem. Jest coś, o czym muszę powiedzieć, zanim jedzenie zaćmi wam mózgi. Wczoraj w nocy, w pokoju Ślizgonów miał miejsce wybryk, który wymaga ukarania...
Cała trójka skamieniała.
- ... ktoś wymazał cały pokój złotą farbą, nie szczędząc przy tym inwencji twórczej i wyobraźni- tutaj większość Gryfonów wybuchnęła śmiechem, wieści szybko się rozchodzą- domyślam się- ciągnął Dumbledore- że było to spowodowane ostatnim meczem. Nie przedłużając,  odejmuję Gryffindor'owi 20 punktów- Conrad mógłby przysiąc, że Dumbledore spojrzał na niego- i dodaję 10 za oryginalny i twórczy pomysł- uśmiechnął się dyrektor, który nie wyglądał na zagniewanego.
- Nie zgadzam się...- wrzasnął ktoś ze stołu Ślizgonów.
Prefekt, z którym Harriet, Mark i Conrad zetknęli się ostatniej nocy  wstał.
- Nie zgadzam się, by odejmować domowi tylko 20 punktów, a dodawanie 10 za jakiś tam "oryginalny i twórczy pomysł" to dopiero idiotyzm.
Wszyscy zamarli na swoich miejscach. Nikt jeszcze nie sprzeciwił się dyrektorowi.
- Jak śmiesz...- Mark zerwał się z miejsca, zanim Conrad i Harriet przejrzeli jego zamiary- jak śmiesz się tak wyrażać...
- Haha- zaśmiał się ironicznie Thomas, zmierzając w stronę Marka- skoro tak się mi sprzeciwiasz, to pewnie twoja robota.
- To już nie powinno cię obchodzić. Należało się wam- wycedził Mark, zbliżając się do Thomasa.
- Ale przegraliście...- prefekt niemal zaśmiał się Markowi w twarz- nędzni z was gracze, skoro nie umieliście sobie poradzić ze zwykłym tłuczkiem...
Drużyna Gryfonów poruszyła się na swoich miejscach, wydając pełne oburzenia okrzyki.
- Jesteście ofermami- zakpił Thomas.
Tego już było za wiele. Mark wyciągnął różdżkę i właśnie w tej samej chwili Conrad i Harriet rzucili się, by go przytrzymać.
- Dość...- krzyknął dyrektor, a jego głos odbił się echem po Wielkiej Sali- odejmuję Slytherin'owi i Gryffindor'owi po 10 punktów za te nierozsądne zachowanie.
Słysząc to cała trójka wyszła z sali. Jakoś przestali być głodni.

niedziela, 21 lipca 2013

Krótka notka od autorów:
czyli zapoznanie z bohaterami...

Conrad Eems


"Raz matka rodziła i raz się umiera.../Więc jedziemy z tym koksem!"
Urodzony: 07.08.1971r.
Wygląd: Przeciętnego wzrostu chłopak o słomianych włosach. Ma jasno-piwne, wesołe oczy patrzące na świat zza okularów. 
Lubi: Dziewczyny, oraz słuchać muzyki ze swojego adaptera.
Nie lubi: Wszystkiego co zawiera czosnek, oraz tłocznych miejsc.

Harriet Clemenson  

"Proszę cię... daj żyć./Zamilcz i odejdź w pokoju!"
Urodzona: 23.12.1971r.
Wygląd: Niska dziewczyna o kasztanowych włosach. Ma zielone, wiecznie zamyślone oczy.
Lubi: Czytać książki, oraz wyruszać na przygody z przyjaciółmi.
Nie lubi: Monotonii i hipokrytów... oraz monotonicznych hipokrytów. 


Mark Lynch
"Człowieku, weź przestań już.../Stary, nie trzęś gaciami."
Urodzony: 20.01.1971r.
Wygląd: Wysoki chłopak o czarnych włosach. Ma czarne, przenikliwe oczy.
Lubi: Swój motor, oraz ryzyko.
Nie lubi: Siedzenia w jednym miejscu, oraz tchórzy.




Hogwart'owe Perypetie - część III

Nikt nie przewidział, że stanął twarzą w twarz z prefektem Ślizgonów- Thomasem, który tylko czekał, by na kogoś donieść, co, jak sądził dawałoby mu awans w oczach Snape'a. Od jego podejrzliwego spojrzenia chroniła ich tylko cienka warstwa peleryny, którą Mark nabył w zeszłym roku w Hogsmeade. Była tylko marną podróbą oryginalnej, a jej największą wadą było to, że mogła stracić swe działanie w każdej chwili. Harriet, Mark i Conrad nie mogli powstrzymać przyspieszonych z emocji oddechów i zaklinali chwilę, w której zdecydowali się na taki wygłup. Thomas patrzył na nich i zdawał się ich wyczuwać. Kiedy Harriet podjęła się próby zrobienia kroku w stronę schodów, Thomas wyciągną rękę w ich stronę. Wtedy puścili się pędem w stronę holu, trzymając nad głowami furkoczącą pelerynę. Na oślep wbiegali po stopniach, raz po raz oglądając się na Thomasa, który niezrażony wdał się w pościg. Zgubić go udało im się dopiero na szóstym piętrze.
- Uff... -odetchnęła z ulgą Harriet, opierając się o ścianę- niewiele brakowało.
- Haa...harriet...- wymamrotał Conrad.
- Co?- zapytała zaskoczona.
Na końcu korytarza pojawiły się dwa czerwone ślepia, które poruszały się w ich kierunku.
- Pani Norris!- wrzasnął Conrad, niepomny tego, że słyszy go cały zamek.
Wszyscy jak jeden mąż pognali w stronę wieży Gryffindoru. Przyspieszyli jeszcze bardziej, kiedy Mark oznajmił, że do pani Norris dołączył Filch. Biegli szybko, ledwo wyrabiając się na zakrętach. Ich szanse na ucieczkę zwiększały się, gdy nagle Conrad potknął się o leżącą na podłodze książkę do transmutacji. Nie zauważywszy tego Mark biegł dalej.
- Conrad!- szturchnęła go w ramię Harriet.
Chłopak naciągnąwszy na głowę kaptur szaty biegł za nimi, ile sił w nogach. Przy schodach zatrzymali się i wciągnęli go pod pelerynę. Filch i pani Norris nie gonili ich już. Ich rozgorączkowane oddechy wyrównały się dopiero przy portrecie Grubej Damy. Mark podał hasło i weszli do pokoju wspólnego. Gryfoni już skończyli ucztę i siedzieli teraz przy stolikach i kominku, zajęci swoimi sprawami. Nikt nawet nie podniósł głowy, kiedy weszli. Zmęczeni opadli na jedyną wolną kanapę.
- Wiecie co?- zapytał Conrad.
Mark i Harriet spojrzeli na niego wyczekująco.
- Nienawidzę transmutacji- powiedział i cała trójka wybuchnęła gromkim śmiechem.

sobota, 20 lipca 2013

Hogwart'owe Perypetie - część II

Rozczarowany Conrad musiał przerwać rozmyślania, gdyż oto stanęli przed wejściem do pokoju wspólnego Ślizgonów:
- Masz to hasło?- zapytała Harriet.
- Mam zapisane, karteczka jest w którejś kieszeni...- wyszeptał Mark, gorączkowo macając wszystkie kieszenie w szacie.
- Wiecznie przygotowany- mruknęła Harriet spoglądając na przyjaciela zza czeluści peleryny.
- Mam- triumfalnie zawołał Mark.
- Ona na pewno tam będzie?- zapytał milczący dotąd Conrad.
- Tak, przecież obiecała zabezpieczać teren. Poza tym po ich ostatnim popisie... Daj spokój, jak mogłaby mi odmówić?- Mark wydawał się pewny swojej racji.
- Taa... Któż mógłby ci odmówić? Ten twój urok osobisty...- ironicznie zaczęła Harriet.
- Cicho, wchodzimy- przerwał Conrad, chcąc uniknąć kolejnej sprzeczki tego wieczoru.
Pospiesznie zrzucili z siebie pelerynę, Mark podał hasło i weszli nieco niepewnym krokiem do pokoju Slytherinu. Było zupełnie pusto, a zimne kolory i panująca w pokoju atmosfera dodatkowo przyprawiały o ciarki.
- Przecież miała tu być...- powiedział Mark.
Nagle dwie dłonie zakryły mu oczy i przesłodzony głosik wyśpiewał:
- Zgadnij, kto to misiu pysiu...
- Evelyn- Mark odwrócił się i porwał ją w objęcia. Gdy zaczęli namiętnie się całować, Harriet i Conrad nieśmiało spoglądali na nich spode łba. Mark już od roku chodził z Evelyn- o rok starszą od niego Ślizgonką. Przyjaciele nie uważali tego związku za dobry pomysł, gdyż dziewczyna zwyczajnie wykorzystywała Marka, zdobywając drobnymi czynami jego zaufanie i wyprowadzając w pole, z którego, jak twierdził Conrad, może już nigdy nie wrócić.
-Ekhem...- odważył się odchrząknąć Conrad- moglibyśmy zaczynać?
- Jasne- powiedział Mark, odrywając się w końcu od Evelyn- czuję się tutaj, jak u siebie w domu. Ludzie- czym chata bogata...
Mark, Conrad i Harriet natychmiast porwali spray'e i oddali się swojej inwencji twórczej, nie omieszkując się przy tym wykrzykiwać różnych obelg i nie szczędząc okrzyków zachwytu nad swoimi dziełami.
- Nigdy nie zapomnicie ostatniego meczu- powiedział Mark, celując sprayem w sufit- odechce się wam faulować naszych zawodników.
Mark, który był bramkarzem w drużynie Gryffonów nie mógł wybaczyć Ślizgonom tego, w jaki sposób wygrali mecz. Korzystając z taryfy ulgowej u Snape'a drużyna Ślizgonów zaczarowała wszystkie tłuczki tak, by ścigały pałkarzy drużyny przeciwnej. Zaplanowali całą akcję tak dokładnie, że w całym zamieszaniu nikt nie zauważył, że szukający Ślizgonów brutalnie sfaulował szukającego Gryfonów i złapał znicza. Mecz musiał się zakończyć. Sam Mark nie wyszedł z tego bez szwanku. Siniak, który pojawił się na przedramieniu, kiedy oberwał tłuczkiem, chcąc ratować pałkarzy wciąż dawał mu się we znaki. 
"ODWET" napisała wielkimi literami Harriet na przeciw kominka, śmiejąc się w głos, gdy Conrad malował karykaturę Snape'a na sąsiedniej ścianie. 
- Jesteś szalony- oznajmiła przyjacielowi.
- Do usług- Conrad wykonał ukłon.
- Długo jeszcze?- zapytała ich znienacka Evelyn, patrząc łakomym wzrokiem na Marka. Harriet i Conrad już prawie zapomnieli o jej obecności. 
- Skończyłem- powiedział Mark- nie domyją tego długo. P
- Albo wcale...- rozmarzyła się Harriet.
Pokój wyglądał, jakby wybuchła w nim bomba ze złotą farbą. Spray'e, które dostali od Emily były niezmywalne dla wszystkich, którzy nie znali na nie sposobu. Chcąc zetrzeć mazidła nauczyciele i uczniowie zwykle używali rozmaitych zaklęć. Nikt nie wpadłby na to, że do starcia ich ze ścian wystarczyła zwykła woda.
- Idziemy?- zapytał Conrad patrząc na zegarek- zaraz wszyscy wrócą z uczty.
- Misiaczku, już idziesz?- zaświergotała Evelyn- Przecież jeszcze nawet nie...
- Cichutko kochanie- powiedział Mark, kładąc jej palec na ustach- jutro też jest dzień.
Cała trójka okryła się peleryną i przerażeni ilością czasu, jaka im pozostała wyszli z pokoju wspólnego. Nie spodziewali się, kto stanie im na drodze.

piątek, 19 lipca 2013

Hogwart'owe Perypetie - część I

- Conrad do jasnej anielki...- Harriet podniosła oczy znad książki i rozdrażniona spojrzała na przyjaciela.
- Czego się znowu czepiasz?
- Ten twój pożal się boże gramofon rzępoli na cały pokój wspólny.
- Ile razy ci mówiłem- to adapter!
- Ile razy ci mówiłam- wyłącz to draństwo!
- Ej wy, Eems i Clemenson- zamknijcie te swoje buziaki i zamilczcie choć na chwilę- zawołał Mark już nieco poirytowany całą sceną, mimo, że zażartość, z jaką kłócili się przyjaciele zaczynała już go bawić.
- Zamilcz panie Lynch i zejdź mi z oczu- odgryzł się Conrad, wracając do odkurzania starych winyli.
Pokój wspólny tego wieczoru świecił pustkami. Z parapetów uśmiechały się dyniowe lampiony, a duchy z zapałem zajmowały się wyskakiwaniem znienacka zza foteli. Ogień w kominku tańczył wesoło, jakby nie zrażony dzisiejszym świętem. Cały dom był od dobrej godziny na halloweenowej uczcie.
- Dobra, odkładaj to stary, zawijamy. Harriet- wstawaj- zarządził Conrad.
- Ale czy to aby na pewno dobry moment?- zawahała się.
- Chodź, nie gadaj, przecież miną jeszcze dobre dwie godziny, zanim wszyscy wrócą z uczty, a poza tym kto będzie nas szukał?- zapytał niezrażony Mark.
- Ja wiem kto- Filch. Jak nic popędzi naskarżyć do Mcgonagall. Nie wiem, jak wy, ale ja po naszym ostatnim wypadzie mam dość.- powiedziała Harriet.
- Nie pękaj stara...- Mark ciągnął ją za rękę.
- Widzę, że chyba tylko ty lubisz spędzać czas na dywaniku u Snape'a. Do tej pory mam kolorowe ręce- powiedziała Harriet, podsadzając ręce Markowi pod nos.
Przysłuchując się ich dyskusji Conrad wrócił wspomnieniem do feralnej nocy, kiedy wpadli na Snape'a, zbiegając ze schodów.
- Nie byłoby tego, gdyby Mark nie zostawił w łazience peleryny...- wycedził przez zęby.
- Tu się zgodzę- wtrąciła Harriet- przez jego głupotę cały wieczór babraliśmy się w przeterminowanych eliksirach, nie wspomnę już o tych zimnych lochach i jeszcze zimniejszym Snape'ie, który patrzył na nas, jak władca na służących.
Conrad mimowolnie parsknął śmiechem.
- Oj już nie wypominajcie mi tego- peleryna jest tutaj i możemy ruszać- oznajmił Mark.
Przypominając sobie o swojej misji, tłumiąc chichoty wyszli z pokoju wspólnego.
--------------------------------------------------------------------
- Stary, uważaj trochę, o mało mnie nie przewróciłeś wazonu- wysyczał Mark.
- Staram się, ale Harriet mnie depcze.
- Psst... Ile razy mówiłam, że jedna peleryna na trójkę szóstoklasistów to za mało?
- Wiele, wiele...- zanucił Mark.
- Skąd, tylko jakieś trzy razy- zachichotał Conrad.
- Chyba na godzinę- zawtórował mu Mark.
- Uciszcie się, idzie Filch.
Posłusznie zamilkli i zeszli mu z drogi. Filch nie znosił szczerze tej trójki i tylko szukał pretekstu, by ich ukarać, jak najsurowiej się dało. Można powiedzieć, że kiedy ich przyłapał, czuł się, jak w raju i wszystkie koszmarne kary, które im fundował, były dla niego, jak symfonia. Szorowanie toalet, czy porządkowanie nudnych archiwów
to tylko niektóre z jego wymysłów.
Harriet, Conrad i Mark korzystając z chwili nieobecności nikogo na korytarzu szybko przebiegli obok pomnika Borysa Szalonego i wpadli pod drzwi toalety prefektów. Zrzucili pelerynę:
-Zapracowany odpoczynek- wyszeptał hasło Conrad, po czym wślizgnęli się do środka. Nikogo tam nie było prócz osobliwie wyglądającej Krukonki nonszalancko opierającej się o przeciwległą ścianę.
- Ile chcecie tego świństwa?- zapytała Emily.
- Co łaska- odpowiedział Conrad, robiąc przy tym maślane oczy, na widok których pozostała dwójka stłumiła śmiech.
- Macie tutaj trzy spreje- powiedziała, wyjmując trzy kolorowe opakowania z wyświechtanej torby- ale zróbcie to solidnie.
- Dziękuję Emily- wymamrotał Conrad, rumieniąc się niczym piwonia.
- Cała przyjemność po mojej stronie- odpowiedziała ironicznie się uśmiechając.
Conrad przyjrzał się jej uważnie. Rude krótko obcięte włosy, piękny uśmiech, zawadiacko podwinięte rękawy szaty oraz aura, jaką roztaczała wokół siebie sprawiały, że dostawał wręcz palpitacji. 
Z zamyślenia wyrwał go głos przyjaciela:
- Zamknij usta człowieku i zbieraj się, bo zostało nam mało czasu.
Po ukryciu sprayów pod szatą, okryciu się peleryną i wyjściu z łazienki Conrad zapytał:
- Gapiłem się na nią z otwartymi ustami?
- Tak, dobre 5 minut z zegarkiem w ręku- wyszeptał Mark.
- Wyraz twarzy miałeś, jakbyś dopiero co przeszedł przez ducha- dodała Harriet.
Conrad skurczył się w sobie. Wiedział, że wychodzi na kretyna, ale cóż mógł poradzić, kiedy jego cała pewność siebie znikała, gdy tylko widział Emily.